Eleonora przedzierała się przez młodnik i gratulowała sobie pomysłu zabrania kurtki z kapturem. Nie było zimno, ale wilgotne gałęzie biły po twarzy, a potrącane liście fundowały nieoczekiwany prysznic z nawilżaniem twarzy. Nagle poczuła, że coś oplata jej twarz i ręce lepką siatką. No nie, znowu weszła w pajęczynę.
- Eni, jak można tak niszczyć ósmy cud świata, a może dziewiąty, gubię się już w tych rachunkach – pokrzykiwał z boku Mundi.
- Nie cud świata, tylko pułapkę – odpowiedziała Eni. Próbowała otrzepać się z lepkich nitek. Ale co prawda, to prawda. Na widok pajęczyny rozpiętej między drzewami i ozdobionej kroplami rosy, aż zatyka z zachwytu. Tak samo, jak na widok takiego pięknego maślaka! Eni wyłuskała spomiędzy liści śliski jak ślimak grzyb na grubej nóżce. W koszu miała już prawdziwki, koźlaki i trochę podgrzybków. W sztuce rozpoznawania grzybów szybko zrezygnowali oboje z Mundim z atlasu, zdając się całkowicie na lekcje poglądowe u Zdziśkowej. Taki sam kurs przeszły Natalia, Majka i Irma. Jerzy się wyłamał, bo był szkolony przez własnego dziadka, a poza tym jako genetyczny włóczęga nie raz żywił się darami lasów i pól.
- Wiesz kogo widziałam wczoraj w spa? Mikołaja Krecza! - zawołała Eleonora znad koszyka czyszcząc ogonek maślaka.
- Tego stylistę? - odkrzyknął Mundi. Nie ma to jak mieć faceta z branży reklamowej. Nie pyta się głupio: a kto to? I nie udaje, że go żadne stylizacje nie obchodzą. - A co on tu robi? Będzie jeździł na quadach?
Krecz zupełnie Eleonorze do quadów nie pasował. W nerdach, bo przecież nie będzie nosił lansowanych przez Armaniego szylkretowych okularów w stylu lat czterdziestych. Włosi to dla niego szczyt kiczu. W koszulce z nadrukiem i z takim naiwno-zdziwionym wyrazem oczu, który nijak nie zapowiada ociekających ironią komentarzy na temat „sukienuni” tej, czy grubawych nóg tamtej.
- Raczej pójdzie na So Smooth – odpowiedziała
- A co to takiego?
- Zabieg pielęgnacyjny na dłonie dla mężczyzn – wyjaśniła Eni.
- No proszę cię... Eni. Nie wmówisz mi, że faceci robią sobie coś takiego – Mundi zareagował jak piwno-futbolowy samiec.
- Faceci też powinni mieć zadbane ręce, a nie suche, pomarszczone i w plamach – ripostowała Eleonora. - A do tego manicure.
- I jeszcze może lakier na paznokciach?
- No, do tego bym się nie posuwała, ale na przykład manicure japoński, którym poleruje się paznokcie do połysku, to całkiem niezły pomysł.
- Eni, jak mnie na coś takiego wyślesz, to przysięgam, że pójdę na ryby.
- Już cię widzę! Jak siedzisz bez ruchu godzinami, nie odbierasz telefonu i gapisz się w wodę!
- A założysz się?
- O co?
- Ten, kto przegra będzie przez najbliższe pół roku pertraktował z Markoszową, kiedy znowu przyjdzie z pretensjami, że puszczamy kulki – oświadczył Mundi. Pani Markoszowa była ich warszawską sąsiadką z dołu. Już trzy razy napisała na nich skargę do administracji, że nie może spać, bo oni puszczają metalowe kulki, pies za nimi goni i rzuca się na kaloryfer. Pozostawała nieczuła na tłumaczenia, że żadnego psa nie mają.
- Ok – podali sobie ręce i Eni przecięła.
Wieczorem, z wyzywaniem w oczach, wręczyła Mundiemu kartkę. „Zabieg So Smooth - czwartek 17.00. Mundi spojrzał spod oka i nic nie odpowiedział.
- Nie będzie się liczyło, jeśli nie przesiedzisz całego dnia roboczego nad wodą, z kijem w ręku – rzuciła za nim, gdy szedł po drewno do kominka.
Następnego dnia siedziały z dziewczynami w spa. Majka zrobiła sobie Mineral detox, Natalia i Eleonora poszły na masaż. Pojawił się Krecz w szarym dresie.
- Jak go widzę, to czuję się jakbym miała cztery nogi – mruknęła Majka.
- Przecież nawet na ciebie nie patrzy – szepnęła Eni.
- A skąd wiesz? On ma oczy na wysięgnikach, nawet jak nie patrzy to widzi. O rany, idzie tu!
- Dzień dobry paniom. Można tu koło was odpocząć? - zapytał Mikołaj. Jego oczy były szaro-niewinne.
- Proszę bardzo – odpowiedziała spokojnie Natalia. Majka zamieniła się w pomnik samej siebie, a Eleonora oniemiała. Mikołaj usiadł i wpatrzył się w widok za oknem. Natalia pomyślała, że jej dres jest niemodny. Majka wyglądała jakby miała wygłosić akt oskarżenia, a Eleonora udawała, że jest bardzo zajęta poszukiwaniem czegoś w torbie. Mikołaj siedział nieporuszony, z lekkim uśmiechem i pełną świadomością, że jego: dobrze wyglądasz mogłoby uszczęśliwić każdą z nich. W orbicie jego wpływu, nawet krój kaptura bluzy miał znaczenie, a ironiczny błysk w oczach i strącenie w estetyczny niebyt równało się unicestwieniu. Żadna z nich nie powiedziała ani słowa, nawet lubiąca prowokacje Majka.
- Witaj Miko! W końcu się wybrałeś! - do nieruchomej grupy przyturlała się okrąglutka i pogodna Lucy, producentka zdjęć skądś tam.
- Dziewczyno, wyglądasz w tym sarafanie jak Qeen Latifa – wykrzyknął stylista, swoim nie-wiadomo-o-co-chodzi tonem. To był pierwszy test na wyczucie mody – wiedzieć czy chwali, czy gani. Ale Lucy zdawała się zupełnie nie zaprzątać sobie głowy tym, co stylista ma na myśli. Rozsiadła się wygodnie obok, w swoim etnicznym nie wiadomo czym i wciągnęła Mikołaja w rozmowę o jakimś Ryśku. Dziewczyny dyskretnie pozbierały się i wstały. Kiedy odchodziły usłyszały jeszcze, że Rysiek to kot Lucy. Postanowiły się przebrać i spotkać u Eleonory na czyszczeniu grzybów i przerabianiu ich na marynatę. Kiedy kończyły z nowym koszem wmaszerowała Irma.
- Wiecie kogo widziałam w hotelu?
- Mikołaja Krecza – odpowiedziały chórem.
- O, to już wiecie – Irma była lekko rozczarowana. - Chciałabym, żeby mnie ubrał.
- Co ty, wiesz ile złośliwości byś się przy tym nasłuchała – wzruszyła ramionami Majka.
- Nie szkodzi. Dobrze wiedzieć czego nie powinnaś nosić. Jak już to masz opanowane, reszta przychodzi sama – odpowiedziała Irma.
- Ja tak wolę Goka. Każdej kobiecie mówi, że jest piękna i jakoś tak umie zabajerować, że zapominasz o grubym tyłku, a koncentrujesz się na biuście albo uśmiechu, albo nogach. A przy okazji podpowie ci co nosić i jak, a czego nie. Bez traumy – powiedziała Natalia. Upychały grzyby w słoikach, wkładały po ziarnku pieprzu i liściu laurowym, a potem zalewały ciepłą wodą z octem. Kiedy kończyły do domu wtarabanili się Edmund i pan Wojtek, który przyjechał ze swoją szwedzką żoną Gunel podziwiać złotą polską jesień. Obaj nieśli jakieś długie pokrowce.











