Taka biel się nie zdarza. Nietknięta jak okiem sięgnąć, skrząca się diamentowo pod nieskazitelnym błękitem. Kto powiedział, że świat zaczął się w tropikalnym raju? Prawdziwy początek życia jest tu. Rodzi się w sercu, kiedy oczy ogarniają tę dziewiczą przestrzeń. Majka patrzyła na rozległy, biały, pofałdowany krajobraz z dziwnym wzruszeniem. Nietknięta nawet najmniejszą ptasią łapką biała płaszczyzna była jak nowo narodzona, jakby świat stwarzał się w tej właśnie chwili. Stanęła pod lasem bojąc się naruszyć tę nieskazitelność. Drzewa tkwiły nieruchomo i dostojnie za nią, inne majaczyły na horyzoncie. Najmniejszy powiew nie naruszał spokoju tej chwili. Cisza, jak makiem zasiał.
Natalia już z daleka dostrzegła postać Majki. Czerwienią kurtki odcinała się od lśniącego śniegu. W taki dzień wszystko widać w jakości full HD. I choć Natalia doceniała impresjonistyczne mgiełki fruwające nad łąkami w Siedliskach we wszystkich porach roku, zimowa czystość barw i biel przecięta tylko świeżym tropem Majki chwytała ją za serce. Nie miała jednak zbyt wiele czasu by kontemplować sielski widok. Na kuchennym stole leżały wspaniałe rulony makowców.
– Co robisz? – zainteresowała się Majka, gdy tylko wytupała śnieg z butów i wyplątała się z kurtki.
– Rychtuję glanc – odpowiedziała Natalia i roześmiała się na widok okrągłych oczu Majki. Wzięła na firlejkę trochę białego gęstego płynu, który ucierała w kubku. Z drewnianego, ponacinanego jak gwiazdka mieszadełka, spłynęła do naczynia nitkowata strużka. – Fertig – dodała Natalia i sięgnęła po dużą łyżkę.
– W jakim języku ty do mnie mówisz, bo nic nie rozumiem – dopytywała się Majka.
– W gwarze mazurskiej. Rychtować to znaczy robić. Glanc to polewa albo połysk. Ja łączę jedno znaczenie z drugim i robię lukier do polania makowców – wyjaśniła Natalia. – a fertig to znaczy gotowe.
– Coś mi to podobne do niemieckiego...Nic dziwnego. Przecież na tych terenach nieustannie mieszały się wpływy słowiańskie z germańskimi. A potem mnóstwo wyrażeń i słów dostało się do ogólnopolskiej polszczyzny. Choćby makutra. U mnie w domu tak mówiło się na glinianą misę ze żłobieniami w środku do ucierania maku i różnych kremów. A to słowo w gwarze mazurskiej określa miskę do wyrabiania chleba.
– Nie wiedziałam, że tak cię interesują niuanse lingwistyczne. I widzę że rozwijasz się też nie tylko kucharsko ale i cukierniczo. Te makowce to majstersztyk!
– No proszę, i ty też mówisz gwarą mazurską! Majstersztyk to słowo stąd. Chyba lepsze od super i mega.
Dziewczyny skończyły z makowcami i zajęły się choinką. Ekologia ekologią, ale święta bez prawdziwego drzewka dla mieszkańców Siedlisk pozbawione byłyby uroku.
– Nigdy nie czuję się tak bardzo samotnie, jak przy świątecznym stole z moją rodziną – dowodził Jerzy. – Żeby przeżywać te święta trzeba czuć coś wspólnego z ludźmi. A moja rodzina jest z kompletnie innej bajki niż ja.
Natalia nie do końca się z nim zgadzała. Czuła istotność staromodnego, niemal biblijnego pojęcia – więzy krwi.
Zajęta upinaniem na gałązkach ostatnich kokardek, nie usłyszała jak pod drzwi zajechał wiśniowy czołg Mundiego. Dopiero pukanie, tupanie i głośne dzwonienie wygoniło ją na ganek. Mudni machał ogromnym ręcznym dzwonkiem i przepychał się przez drzwi z wielką bezkształtną torbą.
– Uwaga Mikołaj! – pokrzykiwał.



